niedziela, 19 kwietnia 2009

Neko Część I


-Spóźnię się!! -wrzasnął 19-latek biegając z pomieszczenia w pomieszczenie.
Piro, roztrzepany nastolatek zamieszkujący niewielki domek gdzieś na obrzeżach Tokio. Od niespełna 4 miesięcy mieszkał sam. Wyprowadził sie od rodziców chcąc zaznać "wolnego życia". Jednak to co wtedy było dla niego "wolnym życiem", okazało sie istnym koszmarem. Od poniedziałku do piątku szkoła, a w soboty praca, w końcu musiał sie jakoś utrzymać na swoim. Na szczęście rodzice nie zostawali bezwzględni wobec niego, i czasem przesyłali mu sumę pieniędzy, która starczyła mu na dłuższy czas. Tym bardziej że mieszkał sam, a na spotkania ze znajomymi nie wydawał sporo pieniędzy. Najwięcej kasy tracił na opłacanie rachunków i na elementy do komputerów, bo przy nich najbardziej lubił szperać. Co do jedzenia..., gotować, owszem umiał, a nawet sprawiało mu to przyjemność, ale nie obiadał sie zanadto. Szczupły, średniego wzrostu, ciemno brązowe, krótko ścięte włosy, i oczy ciemne jak kawa. W przeciwieństwie do kawy w kolorze jego oczu, on stanowczo preferował kawę z mlekiem koloru piaskowego.
-Gdzie te cholerne papiery?! -powoli dostawał szału.
Zaspał, a do pracy sie nie mógł spóźniać. Gdzie pracował? Pomagał w jakiejś firmie komputerowej, pracował czasem w firmie, a czasem jeździł do klienta. Jego szef strasznie nie tolerował spóźniania sie, a tą pracę znalazł z wielkim trudem. Nie chciał jej stracić, nie mało że była dla niego przyjemna, to jeszcze dobrze płacili, i mógł ją pogodzić ze szkołą. Po za tym położenie też było całkiem niezłe bo w centrum Tokio, gdzie mógł dojechać rowerem w niecałe 30 min.
Już miał wychodzić gdy nagle zadzwonił telefon, nerwowo spojrzał na zegarek jakby w obawie że to szef, który chce go zwolnić za spóźnienie. Ale do rozpoczęcia pracy miał jeszcze 20 min.
-Słucham?! -szybko podniósł słuchawkę i prawie że krzyknął.
-Piro? Coś sie stało? -w słuchawce odezwał sie spokojny głos matki.
-Mama... nie..tylko wiesz nie bardzo mogę rozmawiać zaraz sie spóźnię do pracy...
-Do pracy? od kiedy kochany pracujesz w niedziele?
-Niedziele? -chłopak spojrzał na kalendarz. Rzeczywiście była niedziela. -Eh.. -opadł na fotel koło stolika, na którym stał telefon.
-Coś nie tak? -usłyszał zatroskaną matkę.
-A nie, nie, mi sie pomyliło chciałem powiedzieć że do sklepu idę ale w sumie pójdę za jakiś czas. Co tam u Ciebie słychać? Jak sie tata czuje?
-Tata poszedł do pracy, ogólnie jest dobrze. A jak Ty sobie radzisz nie potrzeba Ci niczego?
-Nie, dziękuję radze sobie świetnie.
-A...-kobieta na chwile zamilkła po czym wesoło i szybko dodała-Znalazłeś sobie kogoś?
-Oj.. mamo -chłopak lekko sie zaśmiał po czym dodał czule -mówiłem Ci, że na razie tak mi dobrze, jestem zajęty szkołą i pracą, może jak będę miał więcej czasu i chęci.
-Ale tak sam tam siedzisz!
-Nie martw sie o mnie. Jest mi bardzo dobrze. A teraz przepraszam Cię ale będę kończył zadzwonię wieczorem, jak tata wróci.
-Dobrze, trzymaj sie skarbie jak coś to dzwoń.
-Dobrze, dziękuję. -Chłopak odłożył słuchawkę i uśmiechnięty spojrzał w stronę okna za którym mimo zimowej pory świeciło słońce.
-Zjem coś, a potem pójdę na spacer, wygląda że pogoda dopisuje, trzeba skorzystać -wstał z fotela i ruszył do kuchni.
Tam jak zawsze, oddał sie przyjemności przyrządzania posiłku, przygotował sobie gorącej kawy której woń rozniosła sie po całym domu.
-By sie przydała jakaś gazetka.. -mruknął pod nosem, postawił posiłek na stole i udał sie w kierunku drzwi.
Zawsze w niedziele jakieś dziecko roznosiło gazety po domach aby sobie dorobić, Piro nie był zadowolony takim biegiem wydarzeń gdyż czuł jak jego kraj coraz bardziej upodabnia sie do ameryki, a z drugiej strony było to dla niego wygodne, gazeta prosto pod nos. Żałował, że żadne dziecko w porze zimowej nie che odgarniać śniegu przed domem wiedział, że ta czynność czeka na niego, także dziś.
Leniwie przekręcił klucz w drzwiach, nacisnął klamkę i pociągnął w swoim kierunku. Już miał pochylić sie nisko po gazetę gdy przed drzwiami ujrzał pudło.
-Paczka? -rozejrzał sie wkoło ale nie było nigdzie listonosza, dostawcy czy jakiejkolwiek innej żywej duszy. Tak mu sie przynajmniej wydawało dopóki pudełko sie nie poruszyło.