piątek, 14 października 2011

"Napiszę jak będę potrzebować..."

Mam dość tego fałszerstwa wkoło. Czuję, że ostatnio o każdą najdrobniejszą uwagę musiałam dosłownie "walczyć". Znudziło mi się to i szczerze, było to przykre. Zawsze starałam się o wszystkich pamiętać, jak byście się czuli gdybyście pamiętali o wszystkich, a oni by o Was zapomnieli? No, do dupy. Jeszcze kiedy oczekujesz wsparcia. Przestań marudzić... To zupełnie zabawne, ja marudzę? No niech będzie i tak.
Budynek z kominem na PG jest wyjątkowo śliczny od środka. Ma taki klimat. Nie jak cała polibuda, wygląda jak taki dziedziniec i fabryka razem. Naprawdę mega.
Postanowiłam, że odwiedzę wszystkie kawiarnie w Gdańsku, jestem ciekawa ile ich będzie.
Co do egzaminów, o których pisałam w poprzednich postach to oczywiście zdałam i matme 3,5 i grafe 4,5.
Chce się zapisać na aerobik, czy coś. Zapisałam się na Japoński, kobieta, która nas uczy jest zabójczo zabawna, pewnie nie jest tego świadoma, z racji tego, że jest rodowitą Japonką i nie wie, że to co dla niej normalne dla nas brzmi śmiesznie. W ogóle chcę, znaleźć dużo zajęć, aby mieć jak najmniej czasu na myślenie. ^^
Dostałam laptopa <3 i chce iść do pracy na weekendy. <3

sobota, 17 września 2011

Ale wiocha!

Wybrałam się dziś z Owcą na wieś, aby zrobić prace domową. Kto zadaje prace domową na wakacje?! Chociaż przejście się po wsi i zrobienie kilku zdjęć, jest chyba najprzyjemniejszą częścią jaką Owca miała do wykonania. Czemu w ogóle o tym piszę? Bo zaintrygował mnie fakt iż ludzie na wsi używają butelek po wodzie jako skrzynek na listy. Tak, zwykła, plastikowa butelka, w której odcina się zwężoną część gdzie powinna się znajdować zakrętka i łala! Mamy okrągłą skrzynkę na listy. Było też takie gospodarstwo co odcięło zwężony kawałek butelki, która wcześniej pełniła rolę zbiornika na płyn do spryskiwaczy. Naprawdę ciekawy widok.
Gratuluję Owcy zdanej matmy:** I Kucowi też, chyba nie matmy, ale innego egzaminu :**
Co do moich egzaminów to... napisałam je. Grafikę chyba lepiej, matmę gorzej, grafikę zdam, matmę... nie wiem. Wyniki mam w poniedziałek (grafa) i we czwartek (matma). Na pewno podzielę się wszelkimi nowinkami na temat zaliczenia i niezaliczenia.
Wiecie co? Okazało się, że mój torbiel nie jest odpowiedzialny za moje bóle głowy, drętwienia itp... Bo on jest po prawej, a objawy mam po lewej stronie ;/ No nic, na razie czuję się całkiem dobrze. Co prawda ostatnio głowa mnie częściej boli, ale jest to zapewne spowodowane stresem. ^^
Pamiętajcie wszyscy!!! 22 widzimy się u Grzyba!!!

wtorek, 30 sierpnia 2011

Mamtorbiel

Ostatnimi dniami zaczęłam się zastanawiać czy nie zmienić nazwy bloga na mamtorbiel. Byłby bardziej tematyczny. Tak, dostałam wyniki z rezonansu magnetycznego i mam torbiel pajęczynówki w głowie, niewielki 9x20x10 mm. Kuc stwierdził, bo wyczytał w necie, że teraz wszystko zaczyna się zlepiać w całość, mianowicie taki torbiel jest odpowiedzialny za moje bóle głowy i fochy. Kuc stwierdził też, że jak się tego pozbędą, to Joyowa skala focha nie będzie już potrzebna. Trochę to smutne, stanę się taka bezbarwna i jeszcze bardziej nudna.
A co do focha. Miałam dziś jazdy i się obraziłam na mojego instruktora. Wmawiał mi ze miałam czerwone jak było zielone.... Przejechałam już 21 godzin.
15 września mam poprawkę z matmy. Nie fajnie. Na razie umiem tylko ekstrema i trochę to z płaszczyznami i prostymi... Zostały całki do opanowania i może zdam.^^
Kończę "tempa mlodzieży".

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Jeden dzień z życia "pokojówki"

Jak zapowiada tytuł posta będzie o pracy, pracy pokojowej w hostelu. Jako iż całe wakacje się lenię postanowiłam skorzystać z oferty jaką zaproponował mi Wojtek. Pracuje on obecnie w hostelu Słoneczny Patrol Sopot, na recepcji, i z racji, że ich pokojowa musiała wziąć wolne zaproponował mi pracę na jeden dzień. Jak się później okazało pokoi do sprzątnięcia było o wiele więcej niż przypuszczał. Ale mnie nie przestraszyło kilka pokoi więcej. W Sopocie byłam już około 8:20. Wypiłam z Wojtkiem herbatę i zabraliśmy się za sprzątanie klatki i holu. Dobrze wiedziałam co mam robić gdyż dzień wcześniej przeszłam swego rodzaju szkolenie gdzie Pani Elwira pokazała mi dokładnie co i jak mam robić. Po zamieceniu i starciu podłogi mogłam się zabrać za pierwszy zwolniony pokój. Był to pokój numer 1. W takim pokoju trzeba było pozamiatać, zetrzeć kurze, umyć prysznic, lustro, umywalkę i toaletę. Zmienić pościel, pościelić łóżka i na koniec umyć podłogę. Następnie zrobiłam pokój numer 5, 3, 2. Cztery pokoje już miałam za sobą, zostały jeszcze dwa, na które niestety musiałam poczekać, gdyż jak się okazało ludzie z tych pokoi mogli wyjść dopiero o 14. Trochę to komplikowało sprawę gdyż o 14 zaczynała się nowa doba, a co za tym szło, mieli tam się pojawić nowi goście. Na szczęście, goście przyjechali troszkę później, i pokój numer 4 był już gotowy, natomiast na pokój numer 6 musieli poczekać dosłownie 10 minut. W kilku rzeczach pomógł mi Wojtek, za co jestem bardzo wdzięczna gdyż bym mogła się nie wyrobić w czasie. I mimo iż na koniec bolały mnie trochę nogi, to bardzo mi się podobało. Do czasu, gdy nie wróciłam do domu....
Najpierw mama się przyczepiła o godzinę była 17, a przecież to tak późno, miałam być o 14... Potem znowu głupoty, o których nie będę tu nawet pisać. Ryczeć mi się chciało jak nic, poszłam do pracy, a zostałam powitana jak dziwka. Na następny dzień, czyli dziś atak od strony ojca, że po co poszłam do pracy. Wiem, że on jest przeciwny i wiem, że jego reakcja na prace jest "ja Ci dam kasę". Dlatego też nic nie wiedział o tym, że idę do pracy. Jednak mama się wygadała, jak zwykle ona.... no i tata wielka obraza. I w ogóle czuję się jakbym kogoś zabiła.
Poszłam do pracy, nie lekkiej, legalnej, uczciwej, a zostałam potraktowana jak śmieć. Nie rozumiem tego świata^^
Bym chciała się wyprowadzić, nie mam warunków, boję się, nie wiem jak zacząć, ale liczę na to, że dam rade.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Muffinki

<3 Zrobiłam dziś muffinki czekoladowe. Wyszły pyszne, ciasta starczyło mi równo na 12 muffinek, czyli tyle ile miejsc ma moja forma. Co prawda są bardziej w kształcie grzybów, ale... no nie było w IKEI innej blachy :( Jednak dla chcącego nic trudnego i zaprawdę powiadam Wam, że najważniejszy jest smak, a nie sam wygląd, chociaż jak następnym razem będę robiła muffinki, na śniadanie na plaży, to je bardziej przyozdobię np. migdałami? Będą śliczne i pyszne^^



sobota, 23 lipca 2011

Samochodem, na sąsiedni pas.

Od jakiegoś  czasu chodziłam na kurs prawa jazdy. Teorie mam za sobą i od niedawna zaczęłam praktykę. Pierwsze zajęcia na placu, spoko, ale drugie gdy już musiałam wyjechać na ulicę, powiem krótko... nienawidzę jeździć samochodem, może jestem taka beznadziejna bo to dopiero początki, a może po prostu nie dla mnie jest przeznaczona jazda samochodem? Tak czy inaczej jest strasznie i koszmarnie się boję. Nie potrafię robić tylu rzecz na raz, nie mogę się skupić, obserwować drogę, pilnować prędkości, zmieniać biegi, uważać na znaki, patrzeć w lusterka, i trzymać się swojego pasa ruchu. To ostatnie jest najgorsze, bo nie mam tego wyczucia nie wiem czy jestem na swoim pasie czy już zjechałam na sąsiedni. Ale już powoli to opanowuję, no chyba, że zmieniam biegi, to wtedy przestaje patrzeć co się dzieje z kierownicą i zjeżdżam na bok. Gdybym miała wybór to bym zrezygnowała. ^^
A co do tej pizzy z poprzedniego posta to zrobiłam ją, mam zdjęcia ale nie chce mi się wrzucać, powiem tylko, że cisto jest super, jeśli chodzi o konsystencje. Ale w smaku było kiepskie, w przepisie moim zdaniem podali za mało soli i cukru, było takie bez smaku. Następnym razem to poprawie i zobaczę czy wyjdzie.^^
Byłam na Harrym Potterze... zabili wszystkie moje ulubione postacie, a obok siedział koleś, który komentował cały film. Był gruby, brzydki i głupi. A jego teksty nie były zabawne, współczuje jego kolegom, że musieli siedzieć obok niego. Komentarz jednego z nich na koniec filmu "więcej nie idę z Wami do kina" był bardzo poprawny.

piątek, 15 lipca 2011

Gofry.

Witajcie!
Ostatnio moje całe ciało pragnie gotować, piec, smażyć, wędzić, grillować, kroić, obierać, siekać, przysmażać, wałkować, mielić, nabijać, rozwijać , przewijać, mieszać, dolewać, odlewać, dosypywać, przesiewać, przystrajać i zjadać. Jednym słowem, pichcić. Są dwa wyjaśnienia na to. Albo, włączył się mój instynkt prawowitej gosposi, matki polki, żywicielki! Albo, po prostu robię wszystko aby zabić nudę i nie musieć uczyć się na prawko. Tak czy inaczej wychodzi mi to na dobre. Moje pierwsze gofry (robione bardzo dawno) były masakrą, nie wiem czy to przepis był zły czy to ja tak beznadziejnie wszystko wymieszałam ale tym razem poszło mi stanowczo lepiej.
Potrzebne mi były:
-jajka
-mleko
-sól
-cukier
-masło
-mąka.
Wzięłam moją śliczną zieloną miseczkę i przesiałam do niej 160 gram mąki, następnie dosypałam 2 łyżeczki cukru. Ni to duże ni to małe, takie średnie, szczyptę soli.... Zapomniałam dodać, że już w tym samym czasie w małym blaszanym kubeczku topiło się, pod gorącym temperamentem kuchenki, 50 gram masełka. Gdy się stopiło zupełnie, pozwoliłam mu odrobinkę wystygnąć, a sama w tym czasie rozbiłam 2 jajka i oddzieliłam białka od żółtek. Gdzie pierwsze wylądowały w blaszanej miseczce, a drugie wskoczyły do mąki. Następnie wlałam stopione masełko do zielonej miseczki i dodałam 1/3 mleka, które było mi potrzebne (270 ml). Wymieszałam wszystkie składniki ze sobą, powstała bardzo gęsta masa, która bardziej przypominała ciasto na pizze niż na gofry, i tu do akcji weszła reszta mleka, która rozrzedziła masę. Tak, zielona miseczka jak na razie była gotowa. Teraz czas przejść do blaszanej, w której znajdowały się, jak już wcześniej wspomniałam, białka, jak wszyscy się domyślacie trzeba było ubić to na sztywną pianę, dodałam szczyptę soli i własna ręką, plus ubijaczką, ubiłam białka.
Niestety moja średniowieczna kuchnia nie posiada miksera czy czegokolwiek co by mogło pracować za mnie. Ale udało się już po ok.7 minutach białka były sztywne jak.... ekhm po prostu były sztywne^^ Teraz zostało tylko dodać pianę do zielonej miseczki, następnie obie zawartości miseczek wymieszać bardzo powoli tak aby piana zniknęła ale równocześnie wpłynęła na ciasto. I gotowe! Można przejść do pieczenia gofrów. Rozgrzewamy gofrownicę do najwyższej temperatury, czyli aż lampka zaświeci się na zielono, zgaśnie, czy co ona tam u Was będzie robiła. Następnie nalewamy ciasta nie za dużo, bo wtedy zawartość wyleje się Wam na stół tak jak mi przy pierwszym gofrze (?). Gofry robimy ok. 5 minut, generalnie nie słuchałam już później lampki, która świeciła się już po 2 minutach na pomarańczowo, że gofry są gotowe, nie, nie, ja wytrwale czekałam 5 minut. Nie wiem czy to istotne czy nie, ale gdzieś przeczytałam aby w połowie czasu otworzyć gofrownicę na 3 sekundy. Robiłam tak, chociaż ciężko mi stwierdzić czy to naprawdę miało jakikolwiek wpływ. Na koniec posypujemy naszego gofra cukrem pudrem. I łala! Smacznego^^


 Jeśli lubicie możecie dodać oczywiście inne polewy czy posypki. Ja osobiście bym polała syropem klonowym, ale nie posiadam :( Więc postanowiłam polać czekoladą, której zresztą nie miałam, ale i tu jest sposób. Jeśli nie macie czekolady, takiej lanej jak do deserów, a Wasz leniwy brat nie chce Wam pójść po zwykłą czekoladę, którą byście mogli rozpuścić w rondelku. To weźcie dużo kakao i nalejcie odrobinę mleka, a następnie wymieszajcie. Słodkie i czekoladowe <3





Jutro chcę zrobić pizze, zdam Wam relacje jeśli mi wyjdzie<3