Witajcie!
Ostatnio moje całe ciało pragnie gotować, piec, smażyć, wędzić, grillować, kroić, obierać, siekać, przysmażać, wałkować, mielić, nabijać, rozwijać , przewijać, mieszać, dolewać, odlewać, dosypywać, przesiewać, przystrajać i zjadać. Jednym słowem, pichcić. Są dwa wyjaśnienia na to. Albo, włączył się mój instynkt prawowitej gosposi, matki polki, żywicielki! Albo, po prostu robię wszystko aby zabić nudę i nie musieć uczyć się na prawko. Tak czy inaczej wychodzi mi to na dobre. Moje pierwsze gofry (robione bardzo dawno) były masakrą, nie wiem czy to przepis był zły czy to ja tak beznadziejnie wszystko wymieszałam ale tym razem poszło mi stanowczo lepiej.

Potrzebne mi były:
-jajka
-mleko
-sól
-cukier
-masło
-mąka.

Wzięłam moją śliczną zieloną miseczkę i przesiałam do niej 160 gram mąki, następnie dosypałam 2 łyżeczki cukru. Ni to duże ni to małe, takie średnie, szczyptę soli.... Zapomniałam dodać, że już w tym samym czasie w małym blaszanym kubeczku topiło się, pod gorącym temperamentem kuchenki, 50 gram masełka. Gdy się stopiło zupełnie, pozwoliłam mu odrobinkę wystygnąć, a sama w tym czasie rozbiłam 2 jajka i oddzieliłam białka od żółtek. Gdzie pierwsze wylądowały w blaszanej miseczce, a drugie wskoczyły do mąki. Następnie wlałam stopione masełko do zielonej miseczki i dodałam 1/3 mleka, które było mi potrzebne (270 ml). Wymieszałam wszystkie składniki ze sobą, powstała bardzo gęsta masa, która bardziej przypominała ciasto na pizze niż na gofry, i tu do akcji weszła reszta mleka, która rozrzedziła masę. Tak, zielona miseczka jak na razie była gotowa. Teraz czas przejść do blaszanej, w której znajdowały się, jak już wcześniej wspomniałam, białka, jak wszyscy się domyślacie trzeba było ubić to na sztywną pianę, dodałam szczyptę soli i własna ręką, plus ubijaczką, ubiłam białka.

Niestety moja średniowieczna kuchnia nie posiada miksera czy czegokolwiek co by mogło pracować za mnie. Ale udało się już po ok.7 minutach białka były sztywne jak.... ekhm po prostu były sztywne^^ Teraz zostało tylko dodać pianę do zielonej miseczki, następnie obie zawartości miseczek wymieszać bardzo powoli tak aby piana zniknęła ale równocześnie wpłynęła na ciasto. I gotowe! Można przejść do pieczenia gofrów. Rozgrzewamy gofrownicę do najwyższej temperatury, czyli aż lampka zaświeci się na zielono, zgaśnie, czy co ona tam u Was będzie robiła. Następnie nalewamy ciasta nie za dużo, bo wtedy zawartość wyleje się Wam na stół tak jak mi przy pierwszym gofrze (?). Gofry robimy ok. 5 minut, generalnie nie słuchałam już później lampki, która świeciła się już po 2 minutach na pomarańczowo, że gofry są gotowe, nie, nie, ja wytrwale czekałam 5 minut. Nie wiem czy to istotne czy nie, ale gdzieś przeczytałam aby w połowie czasu otworzyć gofrownicę na 3 sekundy. Robiłam tak, chociaż ciężko mi stwierdzić czy to naprawdę miało jakikolwiek wpływ. Na koniec posypujemy naszego gofra cukrem pudrem. I łala! Smacznego^^

Jeśli lubicie możecie dodać oczywiście inne polewy czy posypki. Ja osobiście bym polała syropem klonowym, ale nie posiadam :( Więc postanowiłam polać czekoladą, której zresztą nie miałam, ale i tu jest sposób. Jeśli nie macie czekolady, takiej lanej jak do deserów, a Wasz leniwy brat nie chce Wam pójść po zwykłą czekoladę, którą byście mogli rozpuścić w rondelku. To weźcie dużo kakao i nalejcie odrobinę mleka, a następnie wymieszajcie. Słodkie i czekoladowe <3
Jutro chcę zrobić pizze, zdam Wam relacje jeśli mi wyjdzie<3